Matka matkę zrozumie

Matka matkę zrozumie

Hej, matko korporacjo!

Pamiętasz ten dzień, w którym żegnałam się z tobą do bliżej nieokreślonego później? Trochę nam zeszło, nie? No to powiem ci, tak zupełnie między nami, że już od jakiegoś czasu znowu jestem w twoich mackach. Tyle że zamiast meetingów, calli i feedbacków fundujesz mi napięty jak baranie jaja grafik, gonienie w piętkę i oczywiście zupełnie darmowego multisporta 24/7. Z którego, słyszę twój szyderczy śmiech, korzystam nawet kiedy kompletnie nie mam na to pary. Tak, droga matko korporacjo, zamieniłam cię na lepszy model. Model, który sama sobie wypracowałam ciężką harówą i totalnym zaangażowaniem pracowniczym. I powiem ci, że fajny ten model, fajna ta korpa, a najbardziej fajny ten pracoholizm. Nie potrzebuję nawet czerwonych kej-pi-ajów, żeby wiedzieć, czy wyrabiam normę, czy też jestem głęboko w czarnej dziurze korporacyjnego leserstwa. Szczerze – plwam na normy. Moja korpa jest kompletnie od czapy, nie ma swojej strategii, nie ma zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, baaa, nie ma pojęcia, czym w ogóle jest biznes lub inny szklany sufit (szkło jest w niej na ogół raczej niewskazane).

Gdybym miała chwilę na wymyślenie logo mojej korporacji, to prawdopodobnie byłby to kotlet. Bardzo prawdopodobne, że przeżuty. Na pewno smaczny i zdrowy. Usmażony na oleju kokosowym, a następnie dojszły w piekarniku, bo smażenie generalnie jest niezdrowe.

Albo kupa. Czegokolwiek. Piasku na przykład. Najchętniej mokrego, bo z niego wychodzą najlepsze kotlety. Albo kupy. Czegokolwiek. To jest naprawdę perpetuum mobile ta kupa.

Albo cień człowieka z worami pod oczami. Bo przecież wiadomo, że korporacja oznacza wyzysk i znojną pracę. Tyle że pod tymi worami ktoś empatyczny i obeznany w sprawach korporacyjnych mógłby dostrzec cień uśmiechu. I to takiego uśmiechu z wewnątrz. Bo przecież wiadomo, że w korporacji ludzie są szczęśliwi, bo korporacja to ład i porządek, i liczne bonusy i ścieżki rozwoju. Serio, bez ironii!

Bo wiesz, matko korporacjo, mi się w mojej korpie naprawdę dobrze żyje. Wreszcie mam poczucie, że ten mój pozbawiony strategii i systemu motywacyjnego znój ma sens. Taki organiczny. I to dosłownie organiczny, bo ma organy, a nawet kończyny. I nie są one gliniane, ani szklane, tylko prawdziwe, ludzkie i co najwyżej utytłane w masie solnej, plastelinie, błocie lub owsiance. Albo kupie. Czegokolwiek. I jest tych kończyn do kupy osiem. Plus osiem kolejnych należących do najwyższego managementu korporacji. Który, tak się jakoś zabawnie złożyło, „jest blisko swoich pracowników i popiera poziomą strukturę organizacji”. Chociażby dlatego, że często leży. Oczywiście że pośród kupy. Spokojnie, zazwyczaj klocków lub piasku, coraz rzadziej owsianki.

I przyznać ci muszę, że bycie trybikiem w korpie jest naprawdę spoko. Także no hard feelings, przybijam ci wirtualną piątkę i lecę na f2f meeting do salki „Piaskownica”!

Best regards!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *