Dlaczego dzieci są fajniejsze od roślin

Dlaczego dzieci są fajniejsze od roślin

Powodów jest co najmniej kilka. Być może nawet powodów jest tyle, ile jest dzieci i ile jest roślin, bo jak wiadomo wszystko w przyrodzie jest w jakiejś relacji, czyli jest relatywne, czyli zależy jedno od drugiego, czyli powodów jest tyle, że niestety nie umiem tego policzyć.

W liceum byłam zawsze totalnym leserem z matmy. Mój, świeć Panie nad jego duszą, nauczyciel był absolutnie tego samego zdania i była to chyba jedyna sprawa, co do której się zgadzaliśmy. Ale kiedyś, wprowadzając nowy temat, którym był rachunek prawdopodobieństwa, powiedział, że rachunek prawdopodobieństwa to taki zupełnie wyjątkowy dział matematyki, że nawet taki leser jak ona – tu wskazał z lekkim grymasem obrzydzenia na mnie – może go zrozumieć.

Tę licealną anegdotkę przytaczam po to, żeby udowodnić, że nie umiem policzyć, ile jest powodów, dla których dzieci są fajniejsze od roślin, bo oczywiście rachunek prawdopodobieństwa wraz ze swymi permutacjami stał się dla mnie pułapką myślenia życzeniowego, kiedy tylko skończyło się zgadywanie, jaka kula została w naczyniu, jeśli na początku były tam dwie, jedna czarna, druga biała, i losowo wyciągnęło się białą. Ale to tylko jeden aspekt tej historii. Drugi prowadzi nas wprost do pierwszego powodu, dlaczego dzieci są fajniejsze od roślin.

POWÓD PIERWSZY: DZIECI WIERZĄ W TO, CO IM SIĘ MÓWI
Powiedz dziecku, że woda w garnku jest gorąca. Uwierzy. To, że uwierzy, równolegle dotykając garnka, wynika jak bum cyk cyk z biologii (a dokładniej z mielinizacji dróg nerwowych w mózgu dziecka, serio, zero ściemy!), dość, że taki grubosz, jak mu powiem „pnij się po tej drabince, bo jesteś pnączem”, nie zrobi absolutnie nic. U mnie nawet filodendron tego nie robi, choć mu mówię od dwóch miesięcy, żeby się piął. A dziecko? Dziecku, jak kiedyś powiedziałam, że jest pnączem, to do wieczora nie chciało zleźć z drabinek, na szczęście lipiec akurat był ciepły, więc perspektywa spędzenia nocy na placu zabaw nie była aż tak zatrważająca.

Dokładnie tak samo miałam w liceum, kiedy mój, świeć Panie nad jego duszą, nauczyciel matematyki powiedział, że nawet taki leser jak ja może zrozumieć rachunek prawdopodobieństwa. Uwierzyłam mu i od razu założyłam sobie nowy zeszyt, żeby grubą kreską odciąć się od niechlubnej przeszłości w postaci komentarzy mojego, świeć Panie nad jego duszą, matematyka na sprawdzianach i kartkówkach pokroju „brak sensu”, „NIE NIE NIE”, „zero logiki”. Niestety w jego oczach zapewne tylko przez chwilę byłam fajniejsza od rośliny.

POWÓD DRUGI: DZIECI MNIEJ ŚMIECĄ
Oczywiście w określonych okolicznościach, ale właśnie takie mam na myśli. Jeśli na przykład kot, który w przypływie jakichś ruchów robaczkowych w jelitach, biega jak oszalały po całej chacie i czyniąc swój parkour przypadkowo odbije się o dziecko, to dziecko w najgorszym wypadku się zachwieje. Jeśli obok zachwianego dziecka będzie kolejne dziecko, to może oczywiście nastąpić efekt domina, ale kiedy już wszyscy wyciągają rękę po telefon żeby wzywać MOPS, bo ona używa dzieci jako ścieżki zdrowia dla zwierząt, pomyślmy przez chwilę, jak nieszczęsne w skutkach może być spotkanie kota z doniczką. A jeśli obok tej doniczki stoi kolejna doniczka, to efekt domina może być wręcz dramatyczny. Rozbite szkło lub porcelana, czy też porcelit, z którego wykonano osłonkę na doniczkę. Rozniesione po podłodze i przemieszane z rozsypaną ziemią trujące substancje z pałeczki nawozowej. Nie wspominając o potencjalnie trujących roślinach. No bo czy kot może zatruć się, liżąc dziecko? Nie. Gryząc? No raczej nie, ale dobra, nie wchodzę tu w temat szczepień, miało być o śmieceniu.

No więc, jak widać jasno i wyraźnie, w określonych okolicznościach dzieci śmiecą zdecydowanie mniej niż rośliny i dlatego są od nich fajniejsze. Bo nawet jeśli wyjdziemy poza określone okoliczności, to ja przepraszam bardzo, ale czy ktoś kiedyś widział fikusa karnie i z pokutniczym wyciem wydrapującego plastelinę z rodzicielskiego swetra? No właśnie. Dzieci są po prostu fajniejsze od roślin.

POWÓD TRZECI: ŁATWIEJ UTRZYMAĆ JE PRZY ŻYCIU
Nie trzeba na nie pryskać z rozpylacza. Można i niektóre to bardzo lubią, ale bez tego też dadzą radę. Nie trzeba ich poić nawozem wymieszanym w jakiejś alchemicznej proporcji z wodą, która musi stać w określonym miejscu i przez określony czas. Nie trzeba ich przesadzać. Jak już im niewygodnie, na przykład na zbyt małym rowerku, to po prostu idą do kolegi z podwórka lub starszego rodzeństwa i przesiadają się na to, co im lepiej pasuje. Albo do cienia. Albo na słońce. Prosto, logicznie i skutecznie.

No i powód trochę jeszcze trzeci, a trochę już następny (ale o nim innym razem), na wypadek gdyby jakiś entuzjasta ogrodnictwa chciał mi zarzucić przedmiotowe traktowanie roślin, które do tej pory w dużej liczbie już uśmierciłam – wiem, że do roślin należy mówić. Tyle że jednak dzieci rozkwitają od tego o wiele fajniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *