Dobrze być kosmitą

Dobrze być kosmitą

Jako dziewczynka na etapie wczesnej podstawówki byłam niezłym hardkorem. Nie dość, że regularnie kupowałam sobie zakazane przez cenzurę domową „Bravo Girl” i z listów czytelników poznawałam problemy młodzieży (bo w obiegu oficjalnym byłam pochłonięta wypełnianiem kodeksu wzorowego ucznia, gdyż były to czasy, kiedy ponad Śląskiem było nie niebo, lecz owalna czerwona odznaka w białej obwódce, głównie dlatego, że nosiłam ciuchy po starszym kuzynie-prymusie i brak odznaki na ramieniu raził nieestetycznym odbarwieniem), to raz nawet, zachęcona przez kumpla, który w dzisiejszych czasach spokojnie mógłby trafić do aresztu za stręczycielstwo, podeszłam do okienka w kiosku i stając na palcach, żeby pani w ogóle mnie usłyszała, zażyczyłam sobie egzemplarz „Twojego Weekendu”, bo kumpel mówił, że to taka gazeta z programem telewizyjnym na weekend.

Z perspektywy czasu myślę, że te wywrotowe lektury ugruntowały mnie jako człowieka, choć mniej mam tu na myśli treści w nich zawarte, bardziej zaś sposób pozyskiwania tychże, aurę tajemnicy i totalnego nielegalu oraz towarzyszące mi poczucie, że jeśli matka dowie się o „Bravo Girl” lub „Twoim Weekendzie”, to będę miała, bliżej niedookreślone co, ale jednak przerąbane. Dlatego uważam, że wszystko, co źle w życiu zrobiłam, zrobiłam źle przez „Bravo Girl” i „Twój Weekend”. Nawiasem mówiąc, dobre oceny i potrzebną do utrzymania schludnego wyglądu garderoby po kuzynie-prymusie odznakę wzorowego ucznia też zawdzięczam tym perłom w koronie czasopiśmiennictwa, bo nielegalna działalność czytelnicza wywoływała we mnie naturalne frustracje, które najłatwiej było ukoić kolejną piątką lub jakąś szybką olimpiadką przedmiotową. Lepiej tak niż narkotyki, haracze i nielegalne sporty walki. Zwłaszcza w wieku lat dziesięciu.

Dziś wspominam te czasy z pewnym rozrzewnieniem, którego apogeum osiągnęłam po domofonie typu „dzień dobry, poczta”, zwiastującym dobrą nowinę w postaci pierwszego numeru totalnie kosmicznego i w stu procentach nielegalnego w moim domu czasopisma, które wyszło spod rąk takich wywrotowych dziewczyn jak m.in. Sylwia Szwed, Joanna Woźniczko-Czeczott, Zofia Stanecka, Marianna Oklejak i kiedy już zaczynacie ziewać nad listą nazwisk, że o matko, co za litania, to wykorzystajcie ten strzał tlenu do mózgu na zmobilizowanie się do wrzucenia ich na listę lektur obowiązkowych dla siebie i dla dzieci. A teraz wracamy do „Kosmosu dla Dziewczynek”.

„Kosmos” to dwumiesięcznik dla dziewczyn w wieku od 7 do 14 lat. Tak więc znowu jesteśmy w czasach rebelii i anarchii, bo aktualnie nikt z mojej rodziny nie mieści się w podanych przez autorów widełkach. Ale ale! „Kosmos” to nie jakaś hermetyczna puszka dla wybranych, tylko prawdziwie renesansowe pismo. Magazyn dla matki i córki, dla córki i jej koleżanki, dla kuzyna i wujka, a nawet dla takiego gościa, który podpuszcza koleżankę, żeby kupiła gazetę z programem telewizyjnym na weekend. Zapewniam, że każdy z wyżej wymienionych dowie się z „Kosmosu” czegoś absolutnie przełomowego i jednocześnie prawdziwie wartościowego.

Pozwolę sobie przedstawić tematy, postaci i wątki poruszane w pierwszym numerze „Kosmosu dla Dziewczynek” w formie modnej w dzisiejszym zdigitalizowanym świecie chmury tagów: laktacja u krasnoludków, księża, charytatywne fotostory, korzenie ziół i zielarstwa, hodowla żab, hodowla pand, hodowla oksytocyny, hodowla zielonego groszku, ćwiczenia Kegla, słodziakowe kotki, trening personalny, dłubanie w nosie, impresjonizm, wytwarzanie gazów, implanty siekaczy.

Podsumowując tę przezabawną wyliczankę, należy stwierdzić dobitnie i stanowczo: „Kosmos” to fura mądrych, poważnych, ale też tych całkowicie zwykłych zagadnień podanych w smacznej formie z żartobliwym zacięciem. Dziewczyny (i jeden chłopak w zespole!) przedstawiają sprawy dużej wagi (oraz te w typie „oj to takie problemy dorosłych, nie zrozumiesz”, „to nie dla dzieci”, „oni są jeszcze za mali” – i nie, nie mam tu na myśli „Twojego Weekendu”!!!) w taki sposób, że robią się z nich samograje do pogawędek z dziatwą. Bez spiny, bez pąsowych policzków, bez „to może ja ci włączę jakąś bajkę”. Natomiast ze spraw pozornie błahych wyczarowują entuzjazm oraz ciekawość, a w rodzicu wskrzeszają dziką chęć podążania za dzieckiem. Mam takiego kumpla, który pomimo trzydziestki z haczykiem na karku ma w sobie czystą dziecięcą umiejętność zadziwiania się rzeczami zwykłymi. Jeśli kiedyś postanowiłby założyć swój biznes oparty na uczeniu tej umiejętności innych dorosłych, spokojnie mógłby używać „Kosmosu” jako podręcznika! (Dodam tylko, że to nie ten kumpel od „Twojego Weekendu”.)

To jest rzecz absolutnie genialna, bo czytając „Kosmos dla Dziewczynek” mojej małej jeszcze-trochę-analfabetce (jej własna konstatacja po lekturze charytatywnej fotostory) miałam poczucie, że ktoś tutaj traktuje moje dziecko zupełnie serio i wie, jak do niego mówić. Szczerość, humor, brak zadęcia, wydumanych form i tabuizacji. Wspaniałe ilustracje. Porządny papier. Szacunek do czytelnika. Nadzieja pokładana w młodym pokoleniu. Wiara, że uczynią świat lepszym. Kordian spływający z Mont Blanc na chmurze. Tfu! Nie Kordian i nie z Mont Blanc, i nie na chmurze! Ale co ja tam będę gadać, „Kosmos” gada lepiej. Sprawdźcie sami!

Kosmos dla Dziewczynek
Dwumiesięcznik wszystkich dziewczynek
(i reszty świata)

Wyd: Fundacja Kosmos dla Dziewczynek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *