Wesołych świąt!

Wesołych świąt!

Ten facet na zdjęciu to John Donne, czołowy poeta epoki baroku, Anglik. Biorąc pod uwagę filuterny wąsik i lekko pokpiwające spojrzenie, można by uznać, że to facet jakich wiele na polskich ulicach. No dobra, ta kryza go trochę demaskuje, ale żyjemy w czasach postmodernistycznych, więc ja wcale się nie zdziwię, jeśli któregoś sezonu jesień/zima sklepowe witryny zapełnią się kołnierzami, kominami i szalami typu barok i będzie to ultra super, a nawet przydatne, bo w takim kołnierzu przynajmniej się człowiek nie popaćka, jedząc knyszę na przystanku nocnego autobusu.

John Donne oprócz tego, że ma bardzo współczesny naszym czasom wąs, jest również autorem znanych i jakże współczesnych w okresie świątecznym, a taki wszak okres właśnie się z pierwszym dniem listopada rozpoczął, słów o tym, że „żaden człowiek nie jest samotną wyspą”. Tyle że John Donne nie wiedział tego, co wiemy my teraz, a mianowicie nie wiedział, jak to jest robić współcześnie zakupy w supermarkecie na dzień przed świętem, wiedział jedynie, że „każdy stanowi ułomek kontynentu”, ale o tsunami chyba nie słyszał ani o tym, co ono (tsunami) może zrobić ułomkowi kontynentu, a już zwłaszcza podczas zakupów w supermarkecie na dzień przed świętem.

Otóż gdyby Jonh Donne wszedł sobie w swojej wyluzowanej kryzie i z filuternym wąsem do pierwszego z brzegu supermarketu i wydarzyłoby się to w przeddzień dnia ustawowo wolnego, bo przeznaczonego na świętowanie, najwyraźniej przy wykorzystaniu takich atrybutów jak dwa pęta kiełbasy, zgrzewka browarów, zapas kleju technicznego, mleko w proszku dla niemowląt w liczbie sześciu kartonów, promocyjny zestaw szampon + odżywka dla włosów kręconych, warzywa mrożone (cztery rodzaje), opakowanie mini bezików, trzy zgrzewki wody mineralnej średniogazowanej i jedna zgrzewka pepsi, a opisuję tu tylko kilka przypadkowych łupów smętnie poruszających się w gigantycznej narośli wraz z taśmą w stronę jeszcze smętniejszej pani kasjerki, to ten John Donne mógłby wziąć i się załamać, bo choć ludzi w tym supermarkecie by starczyło na kontynent i jeszcze pewnie kawałek drugiego, to nikt, ale to absolutnie nikt nie zareagowałby na jego patetyczne wyznania, że nie jesteśmy samotnymi wyspami. Na przykład w alejce z warzywami konserwowymi, octem i solą krążył jeden facet, który coś gadał pod nosem trochę do siebie, a trochę do ludzi, i nikt na niego nie zwracał uwagi. Zresztą jak ja w niego przypadkowo zupełnie wjechałam swoim wózkiem (sklepowym) i powiedziałam „przepraszam”, to on też nie zwrócił na to uwagi. Więc mogę z całą mocą stwierdzić, że po pierwsze nie był to John Donne, a po drugie, że nasz barokowy poeta angielski nie był jednak aż tak współczesny, jakby to jego stylizacja zarostu sugerowała.

Bo to, co się dzieje w supermarkecie przed dniem świątecznym to nie są ułomki kontynentów krążące w poszukiwaniu swojego zespolenia z ludzkością, tylko to jest jakieś ekstremalne ludzkie tsunami dybające na siebie nawzajem, no i oczywiście na panią w kasie, a już chyba najbardziej na panią w kasie samoobsługowej. Więc o ile na co dzień raczej korzystam z kas samoobsługowych, bo uważam, że zawsze to zdrowiej dla pestycydów pokrywających warzywa i owoce, żeby dotknęła je te jedna para rąk mniej, tak w przeddzień dnia świątecznego uważam, że zawsze to zdrowiej dla psychiki, żeby przy kasie stać w towarzystwie tylko jednego wózka wjeżdżającego mi w plecy, no chyba że akurat stoję do kasy rodzinnej, to wtedy już tych wózków wjeżdżających w części ciała nie ma co liczyć, tylko trzeba po prostu zacisnąć zęby i mieć nadzieję, że żadne z dzieci nie zechce podjąć tematu leżącego na taśmie wina, wiadomo że przecież przyjechaliśmy po najpilniejsze sprawunki, bo jutro święto.

Ja oczywiście mam świadomość, że kiedy John Donne chodził po świecie, ludzi leżących na cmentarzach było mniej niż dzisiaj, bo jednak dzieli nas dobrych kilka setek lat historii zgonów i pochówków, a w związku z tym jak wchodził do swojego barokowego supermarketu w wieczór przed dniem ustawowo wolnym od pracy, ludzi też było mniej i mógł sobie gadać o tym, że żaden człowiek nie jest samotną wyspą.

Jednak w moim odczuciu John Donne bardziej by się przysłużył ludzkości, gdyby zamiast truć te farmazony o samotnych wyspach i bijących dzwonach, po prostu napisał, że w każdym domu powinien być opracowany tygodniowy jadłospis i plan zakupów, tak żeby nigdy nie zdarzyła się taka przykra sytuacja, że w przedświąteczny wieczór okazuje się, że w lodówce stoi ostatnie, prawie już puste mleko roślinne i człowiek kończy w supermarkecie, zadając sobie egzystencjalne pytania i nie znajdując na nie odpowiedzi, za to po powrocie do domu odkrywa, że to nowe mleko jest przeterminowane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *