Niedaleko pada jabłoń

Niedaleko pada jabłoń

Z dziećmi to jest tak, że jak są malutkie i słodkie, i tak uroczo pachną kupką, i się ciapkają całe podczas jedzenia, to człowiek sobie myśli, że wszystko będzie dobrze i że całe życie przed nimi. A potem, jak z takiego malutkiego, słodkiego dzidziusia robi się to coraz bardziej człowiekiem, a do tego wchodzi to w interakcje z innymi przedstawicielami swej grupy wiekowej, to można się zasępić i dojść do wniosku, że posłanie dziecka do przedszkola z internatem gdzieś na dalekiej Kamczatce mogłoby to dziecko uchronić przed wieloma życiowymi problemami natury społecznej. A dodatkowo zahartować zdrowotnie i wykształcić umiejętność upolowania jakiejś dzikiej zwierzyny.

Moja osobista córka, której jestem ogromną fanką i w ogóle uważam ją za najfajniejszego człowieka, z jakim było mi dane zaplątać się w pajęczynce na placu zabaw, nie dostała zaproszenia na urodzinowe party swojej koleżanki z grupy. I o ile jestem sobie w stanie wyobrazić, że ona, córka moja znaczy, nie jej koleżanka, mogłaby swoją obecnością przyćmić blask świeczek na torcie, gdyż będzie ich aż pięć, o tyle świadomość, że w sobotę mogłabym mieć przynajmniej jedno mniej dziecko na stanie przez jakieś zawrotne dwie godziny, jest dla mnie totalnie przytłaczająca.

No tyle że rozmawiając na ten temat z ojcem mej osobistej córki, usłyszałam anegdotę, która wiele wyjaśnia, zwłaszcza jeśli by przyjąć, że lista gości jubilatki podlegała moderacji rodzicielskiej, co w zasadzie jest dla mnie zrozumiałe, bo ja też raczej będę musiała wprowadzić pewne cięcia osobowe na urodzinach tego dziecka (mojego), gdyż chwilowo wśród planowanych do zaproszenia gości nie ma chyba tylko jego starych, ewentualnie kilku osób, których nazwisk nie jestem w stanie zidentyfikować, a moja córka osobista uporczywie odmawia podania mi ich pozostałych danych osobowych. Ale luz, mamy na to jeszcze parę miesięcy, może do tego czasu uda się numer z Kamczatką. Tymczasem urodzinowa impreza, na której najwyraźniej dziecko moje nie zagości, tuż tuż, a wszystko dlatego że….

Któregoś sielskiego poraneczka, kiedy to dom wypełniała wrzawa, tupot wielu bosych stóp oraz częściowo cenzuralne okrzyki informujące dzieci oraz sąsiadów, że jest już późno i że za chwilę zacznie się śniadanie w przedszkolu, i czemu ty masz na sobie trzy skarpetki, a żadnych spodni, i dlaczego ten kot znowu się porzygał na środku łazienki, córka moja osobista wraz z jej ojcem i kromką chleba posmarowaną pastą z karobu udała się w stronę swej edukacyjnej placówki. Pasta z karobu to taki zamiennik nutelli, gdyż uważam, że gdyby to dziecko jadło cukier, to prawdopodobnie świat by eksplodował pod naporem jej energii oraz elan vital. Przy okazji brudzi tak samo i ma taki sam kolor.

Kiedy wy wizualizujecie kolor pasty z karobu, oni tymczasem docierają do tej placówki edukacyjnej, ona nadal z tą kromką, tyle że już wylizaną z pasty, a tu w szatni siedzi ta koleżanka z mamą, co to, jak się dziś okazało, robią urodziny w sobotę i sobie w spokoju i ciszy wkładają obuwie zmienne oraz czeszą fryzury z wieloma spinkami i ozdobami. I dziecko moje, ta moja idolka absolutna, na cały regulator, rozsiewając okruszki, wykrzykuje powitalne orędzie do tej koleżanki i informuje ją oraz resztę szatni, że u nas w domu właśnie kot się porzygał na środku łazienki i że jej spodnie śmierdzą rzygami. No więc, proszę państwa, po pierwsze to nieprawda, że jej spodnie śmierdziały, a po drugie, ojciec mojego dziecka w naturalnym odruchu zakrył jej usta ręką, no bo co miał zrobić, ona oczywiście w naturalnym odruchu zaczęła się wić i protestować przeciwko siłowemu rozwiązaniu, no bo przecież kot się porzygał, czy ty słyszałaś, co ja mówię, że kot się u nas zrzygał, centralnie na środku łazienki on się porzygał. A ona, koleżanka, nadal w ciszy i spokoju daje sobie zaplatać kolejne warkocze i wszyscy w szatni jakby kompletnie nie słyszeli na żadne ucho, choć ta jak trąba jerychońska dmie, że kot się porzygał i że jej spodnie śmierdzą rzygami.

W sposób siłowy córce mojej zostało nałożone obuwie zmienne i w sposób siłowy również doszło do częściowego porozumienia z ojcem, choć ona nadal trochę się wiła i wyrywała z kochających objęć w stronę tej koleżanki od kucyków i warkoczy, ale coraz mniej można było zrozumieć, co mówi, bo akurat otworzyły się drzwi i z sali wyszła pani, i powiedziała, że dziewczynki szybciutko, szybciutko, już wszystkie dzieci siedzą przy stolikach i będzie śniadanie. Więc temat w mig rozwiązał się samoistnie, bo jednak w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze, i na szczęście śniadanie położyło kocie rzygi na metaforyczne łopatki. I tylko na pożegnanie córka moja, z rozmazaną po twarzy pastą karobową, wyznała swemu ojcu, że jest jej przykro, że tak ją uciszał, bo ona tylko chciała powiedzieć swojej koleżance, żeby powąchała jej spodnie. A potem poszła jeść śniadanie.

Także rozważam przedszkole z internatem na Kamczatce. Z góry dzięki za informacje, jeśli ktoś coś na ten temat wie. Aha, tak, to na zdjęciu to moja osobista córka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *