Psia mać, czyli rzecz o spacerach

Psia mać, czyli rzecz o spacerach

Nigdy nie miałam psa, ale z opowieści znajomych, którzy psy mają, wychodzi mi jak dwa plus dwa jest cztery, że nie potrzebuję już psa, bo mam dzieci. I że w ogóle z dziećmi to jest trochę jak z psami. A czasem nawet bardziej niż trochę.

Oczywiście mogłabym teraz wymienić mnóstwo przykładów dowodzących analogii pomiędzy posiadaniem psa a dziecka (pierwszy to chociażby taki, że prawdziwy psiarz nie posiada psa, tak jak rodzic nie posiada dziecka, bo wszyscy jesteśmy wolni i takie sformułowania grożą co najmniej ostracyzmem społecznym) i oczywiście wszyscy moglibyśmy się pośmiać z anegdot obrazujących zainteresowanie tematyką fekalną u różnych gatunków ssaków, ale w przeciwieństwie do psów dzieci kiedyś uczą się czytać i moje mogłyby się poczuć urażone, że na tak zwanym forum sprzedaję nasze  najfajniejsze patenty na zabawę.

Główna analogia pomiędzy dzieckiem i psem jest taka, że, czy deszcz, czy wiatr, czy zawierucha, na dwór wyjść trzeba. Ha ha ha. Nie, z dzieckiem nie dlatego, że siku i kupa. Ale najwyraźniej zakorzenienie mojego małego imperatywu kategorycznego w psiej analogii jest na tyle silne, że ostatnio sama już zaczynam być prawie psem i strasznie mi się to podoba, i nawet coraz częściej dostaję od mojego młodszego dziecka przekąski za aport widelca, a starsze też nierzadko mnie potarmosi za uchem lub pozwoli ułożyć się do snu w nogach łóżka. Także to pieskie życie wcale takie złe nie jest.

A najlepiej było ostatnio, jak mnie syn wyprowadził na spacer. On w ogóle chyba od dłuższego czasu planował ten numer ze smyczą, bo to było tak: coś go nagle przypiliło sentymentem do wózka. I to tak zupełnie niby mimochodem, a to jakoś mu nogi odebrało na środku przejścia dla pieszych, a to autobus za krótko stał na przystanku i to go popchnęło do takiej rozpaczy, że nawet iść się nie da, a to spadł deszcz i między płytami chodnikowymi wiły się dżdżownice, więc tylko na klęczkach można, a jak już na tych klęczkach wreszcie się dotoczyliśmy do bramy, to nagle co poniektórzy doznali nagłej iluminacji, że tam za piwnicznymi drzwiami stoi wózek i należy go w trybie pilnym odkurzyć z pajęczyn i ocalić od zapomnienia. No i nawet ze dwa razy dzięki temu wózkowi odbyliśmy jakąś dłuższą wycieczkę po dzielni (ja w charakterze psa zaprzęgowego, tyle że na pych), ale szybko się okazało, że memu synowi chodziło tylko o to, że ten wózek to będzie moja smycz.

Tak więc teraz nasze codzienne przebieżki polegają na tym, że ja jestem przyczepiona do wózka, a on temu wózkowi nadaje bieg, kierunek i w ogóle jakikolwiek sens. Idziemy, ja i on, ja na smyczy, on z dumą rasowego właściciela psa (właściciel rasowy, nie pies) tę smycz trzyma. Syn mój z gracją i wrodzoną nonszalancją prowadzi mnie najciekawszymi trasami, lawirując pomiędzy śmietnikami, słupami wysokiego napięcia, latarniami, hydrantami, podjazdami dla inwalidów. Prowokuje i szokuje opinię społeczną wiodąc mnie na trawniki z tabliczkami „zakaz wyprowadzania psów”, po czym ogląda się na mnie z pełnym współczucia spojrzeniem i posapując z wysiłku sięga do kółka wózka, żeby jednak nim z tego trawnika ze mną wymanewrować. Bardzo się złości, kiedy zerwę się ze smyczy, bo na przykład spotkamy innego psa, który właśnie odprowadził swoje dziecko do przedszkola i jest okazja do pogawędki, ale wie, że przemoc wobec zwierząt jest czynem zabronionym, więc nie kopnie, nie uderzy, tylko po prostu wzbudza moje poczucie winy uderzając w straszny płacz, na co ja oczywiście podbiegam do niego, macham ogonem i trykam go w buzię zimnym nosem i znów jestem jego najlepszym przyjacielem i możemy iść dalej:  on- prowadząc mnie, ja- idąc przyczepiona do wózka.

Czasami napotykamy na naszej trasie dowody wcześniejszej obecności innych psów. Zawsze się przy nich zatrzymujemy, żeby zastanowić się nad kondycją obywatelską naszego społeczeństwa i wymienić pełne strapienia westchnięcia, że szału to raczej nie ma. Syn mój wtedy strasznie ubolewa i zawodzi nad tymi kupami, i mi je pokazuje z wyrzutem, tak jakbym ja tam te kupy zrobiła i je specjalnie zostawiła na skraju chodnika. I wtedy najczęściej ja mu mówię, że synu, korzystając ze sprzyjających okoliczności przyrody, pragnę ci uświadomić, że chodzimy tak już trzecią godzinę i mi się strasznie chce siku, ale jestem tylko twoją matką, a nie psem, więc musimy wracać do domu. Na co on wtedy z reguły bardzo się gniewa i obraża na mnie, no to ja znów muszę merdać ogonem i stawać słupka, i jak już uda mi się go tak wstępnie udobruchać, to patrzę mu głęboko w oczy tym wiernym, oddanym psim spojrzeniem, a on wtedy głaszcze mnie po głowie i mówi „no dobra, pańcio żartował, już idziemy do domu na siusiu”.

Ale zdecydowanie częściej po prostu muszę wziąć pod pachę wijące się w spazmach dziecko i pchając łokciem wózek gnać do domu ile sił w nogach i w pęcherzu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *