Bajka o prawdziwym smoku

Bajka o prawdziwym smoku

Jeśli chodzi o smoki, to zasadniczo są to stworzenia niezbyt przyjemne. Nie do końca wiem, o co chodzi ze smokami w Grze o Tron, bo w życiu  nie widziałam ani jednego odcinka, ale znam parę innych smoków: Smok Wawelski na przykład zieje ogniem, a mimo to gromadzą się wokół niego dzikie tłumy i moja osobista córka próbowała go kiedyś przekabacić parówkami, ale i tak na nią zaział i w ten sposób ich przyjaźń się skończyła. Znam też smoki z „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren, które nie zwiastowały nigdy niczego dobrego lub zielone smoki, do których można się upić („Zbrodnia i Kara”, F. Dostojewski) i zdecydowanie mogę potwierdzić, że choć kolor zielony jest tu tylko metaforą, to spotkanie z tego rodzaju smokiem najczęściej kończy się upadkiem moralnym, a na pewno towarzyskim.

Smoki teoretycznie nie istnieją, ale na szczęście jest jeszcze język polski i wspaniała jego cecha w postaci bezdźwięczności w wygłosie, więc kiedy pewnej zimy oświadczyłam, że nie, córko, nie wyjdziemy dziś na dwór, albowiem jest tam dziś okropny smok, ta nieomal nie popadła w psychozę i długo musiałam jej tłumaczyć, że nie miałam na myśli smoka, tylko smoga, a w zasadzie smog, tylko że głoska G w wygłosie się ubezdźwięcznia, wobec czego brzmi jak K, ale tak naprawdę to jest G i na dworze jest smog. I kiedy już jej dziecięce serduszko przestało broczyć najprawdziwszym przerażeniem, czy nie pożre jej żaden zielony ani bury, ani wawelski smok, oraz czy jej matka wreszcie schowa fonetyczne plansze poglądowo opisujące zjawisko nazalizacji, upodobnień międzywyrazowych oraz tylko wstęp do jerów w pozycji słabej, musiałam na nowo ją straumatyzować, gdyż jakby nie patrzeć, ten nasz szaruchny smog chyba jednak powinien napawać większym przerażeniem.

Odniosłam wtedy niejaką porażkę wychowawczą, bo chciałam dobrze, wyszło jak zwykle, niewinne dziecko zanurzyło się w odmętach zaczątków depresji, smog się unosił, a ja wprowadziłam w jej życie kolejnego potwora. Znaczy w sumie nie ja personalnie, bo ten smok jest nasz polski, wspólny, niczym ojczyzna i Orzeł Biały. No w każdym razie jakby nie patrzeć lekcja ekologii nie wyszła mi wtedy zbyt dobrze i dlatego poczułam bardzo dużą ulgę, kiedy podczas takiego niezobowiązującego buszowania w internetach za książkami dla dzieci, które zawsze kończą się raczej dużym zobowiązaniem finansowym, znalazłam o to:

To jest, proszę państwa, najprawdziwsza bajka o smogu. Najprawdziwsza, bo smok jest prawdziwy i najprawdziwsza, bo z fajną fabułą, bohaterami pozytywnymi, bohaterami mniej pozytywnymi, kapką humoru, dramatycznymi zwrotami akcji, a nawet morałem.

Rzecz dzieje się na naszym sielskim polskim podwórku, które spowija coś ciemnego i jest to właśnie ten smok. Tfu, smog znaczy się. Sielski krajobraz zimowej naszej ojczyzny. Piękny, co nie?

W szranki ze smogiem staje troje protagonistów: Hanka (dziewczę), Paloma (kocię) oraz Misiek (piesię). Na pokładzie swojego antysmogowego statku mają całą masę bajerów, którymi na bieżąco mierzą poziom zanieczyszczenia powietrza oraz udzielają praktycznych porad, jak z tym zanieczyszczeniem walczyć. Podczas antysmogowej krucjaty spotykają przeróżnych bohaterów, a sytuacją totalnego zwrotu akcji jest moment, kiedy wszyscy czule i empatycznie przytulają się do Kopciucha.

I wtedy serca klękają, człowiek wzrusza się nad losem tego biednego pieca, no aż ból duszę trawi, że biedny Kopciuch jest pasiony takim syfem. Od razu dodam, że w tym zabiegu stylistycznym tkwi pewna pułapka dla tak sprawnych w niszczeniu psychiki małych ludzi rodziców jak ja, bowiem moje osobiste starsze dziecko bardzo sobie wzięło do serca wyznanie Kopciucha, że „gdyby nas ludzie nie kupowali, nikt by Kopciuchów nie produkował” i znowu były łzy i współczucie, i wcale się nie zdziwię, jeśli pod choinkę to dziecko moje ostatnim rzutem na taśmę zażyczy sobie całą linię produkcyjną Kopciuchów, bo przecież one inaczej zginą i przepadną.

Natomiast co do zasady książka jest naprawdę wporzo. Albowiem jej główne przesłanie nie tylko napawa nadzieją, ale przede wszystkim pokazuje małym ludziom, że od nich zależy przyszłość polskiego podwórka. W którymś momencie historii Misiek i Paloma zachęcają dzieci do pogadanki z dziadkami i rodzicami, aby ich uświadomić, jak można zmniejszyć trujące wyziewy smogowego smoka, bo ich, Miśka i Palomy, po prostu nikt nie słucha, tak jakby mówiły w innym języku. Sprytny myk, bo progenitura może poczuć się przez Miśka i Palomę bardzo dobrze zrozumiana, gdyż niewątpliwie jej apele również czasem bywają niewysłuchane. No tyle że Misiek i Paloma siedzą jedynie w książce, ale już taka Hanka chociażby chodzi na przykład z moją córką osobistą do przedszkola i ona, córka znaczy, zapowiedziała, że pogada z Hanką o osprzęcie znajdującym się na pokładzie antysmogowego statku, gdyż uważa, że jest on ze wszech miar wspaniały i podejrzewam, że to może być kolejny punkt na liście prezentów na ostatnią chwilę. Osprzęt, nie Hanka. Mam nadzieję przynajmniej.

Aha, jeśli czyjeś dziecko w wyniku lektury będzie chciało wyprowadzić się do Danii, to poniżej namiary na autorki.

Skok na Smog
tekst: Dorota Majkowska-Szajer
ilustracje: Anna Kaszuba-Dębska
Wyd: Znak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *