Mortal kombat i chomiki, czyli życie nie jest łatwe

Mortal kombat i chomiki, czyli życie nie jest łatwe

Dziecko jest jak gra komputerowa: każdy level jest trudniejszy. Tak powiedziała pani w filmie dokumentalnym o dzieciach i ja jej w sumie muszę przytaknąć. To znaczy nie do końca mogę się utożsamiać z tym stwierdzeniem, bo akurat jak grałam w gry komputerowe i następny level był trudniejszy, to wkurzałam się i przestawałam grać, a z dziećmi tylko się wkurzam.

Poza tym nie jestem też wybitnym specjalistą od gier komputerowych, bo grałam tylko w następujące: Prehistoric 1 i 2, Colgate, Alladyn, Olimpiada Zimowa (Letnia mnie przerosła, bo kompletnie nie kumałam, jak zamachnąć się młotem i ten młot zawsze leciał za mnie, a nie przede mnie, więc to naprawdę wielki walor tej gry, że jak obraz podążał za lecącym z jakąś żenującą prędkością młotem, to karta graficzna w moim komputerze i tak nie nadążała z załadowaniem grafiki, toteż moje dzieciństwo przed komputerem pozostało nieskalane krwią tryskającą z wirtualnych trybun, ale przede wszystkim w przeciwieństwie do Olimpiady Zimowej, gdzie czasem zdarzało mi się zdobyć kilka punktów za zjazd slalomem na pałę i bez poważania wyznaczonej trasy, latem zawsze miałam okrągłe zero. Zawsze, czyli trzy razy.), był jeszcze Tetris, który do pewnego momentu nawet bawił, bo można było budować śmieszne kształty, testując granice własnej wyobraźni i moralności, no i wąż. Na Commodore i na komórce.

W kwestii dzieci w zasadzie też nie jestem ekspertką, bo mam ich tylko dwoje, ale wiem z nieraz bolesnej autopsji, że im dalej w las, tym trudniej. I to dosłownie w las, bo jak raz postanowiłam zabrać dzieci do lasu, żeby poobcowaly z naturą i na własne oczy zobaczyły swoje alter ego w postaci huby drzewnej, to mimo szatańskich podszeptów, które sugerowały, żeby może przy okazji sprawdzić, jak czuł się ojciec Jasia i Małgosi, skończyło się jak zwykle, czyli na tachaniu trzydziestokilogramowego ładunku po grzęzawiskach i omszałych nierównościach terenu, który to ładunek nie był ładunkiem drzewnym, choć w swoich licznych kończynach owszem fragmenty drzew posiadał, i ja do dziś nie wiem, jakim cudem po tej wycieczce do serca lasu wszyscy mają wszystkie oczy.

A przecież jeszcze kilkanaście miesięcy wstecz byłoby znacznie łatwiej, bo jedna sztuka mogłaby zostać spętana w chuście i by w niej mogła robić za leśnego ludka, a nawet jeśli akurat nie wykazywałaby przesadnego entuzjazmu wobec tej konwencji, to przynajmniej byłaby tą sztuką, która gałęzi i innych konarów nie byłaby w stanie wykorzystać do miotania. A jeszcze kilkadziesiąt miesięcy temu? To bym sobie romantycznie na tych konarach mogła przysiąść i napisać jakiś romantyczny pamiętnik oczekiwania na cud zwany życiem, i nawet przez myśl by mi nie przeszło, że ten cud już niebawem będzie siał w tym właśnie miejscu, w którym wtedy tam, te parędziesiąt miesięcy temu bym siedziała, totalne spustoszenie, nie że w faunie i florze, tylko w moim sercu oraz ciele matczynym. No po prostu każdy level jest coraz trudniejszy i warto się z tym pogodzić. Dlatego do lasu ja już z tymi dziećmi się nie wybieram.

Ale mniejsza o las. Bo od lasu ekspertem również nie jestem.

Generalnie zasada jest prosta: warto wyzbyć się wszelkiej nadziei, wiary w lepsze jutro i poprawy sytuacji. Po pierwsze dlatego, że one i tak sobie będą niepostrzeżenie następować z kolejnymi uśmiechami, wyznaniami miłości, słońcu wychodzącym po burzy i ukazującym niedoprane plamy na ubraniach i duszach, ale po drugie, i być może to drugie jest tutaj kluczowe, wszystko, co dziś wydaje się trudne, jutro będzie tylko trudniejsze. A jeśli zniknie i już trudne nie będzie, to będzie się za tym tęsknić i wzdychać, czyli też kicha.

I o ile jak się tęskni za levelami gry komputerowej, to można w nią zagrać od zera albo kupić sobie nową, to z dziećmi sprawa się lekko komplikuje, bo choć ambicja i szlifowanie warsztatu są jak najbardziej spoko, to jednak warto zadać sobie pytanie, czy na pewno chcemy, żeby budżet pięćset plusa załamał się właśnie przez nas. Na szczęście dzieci jako organizmy żywe podlegają nieustannemu rozwojowi, tworzą sytuacje dynamiczne i nie da się im włączyć pauzy, więc rozrywka dostarczana przez nie jest totalnie piekielnym perpetuum mobile i nie ma z tego diabelskiego koła żadnej ucieczki. No dobra, jakaś na pewno jest, ale mówimy tu o rozwiązaniach legalnych i niewzbudzających większych wątpliwości moralnych. Słowem – jak już ta machina ruszy, to przepadłeś człowieku, kręć się jak ten chomik w kołowrotku, bo jak przestaniesz, to pozostałe chomiki w kołowrotku zwane dalej dziećmi i tak będą nim kręcić i wtedy można się boleśnie poturbować, o czym może się przekonać każdy niedowiarek, wystarczy pójść do centrum handlowego i przed witryną sklepu zoologicznego pooglądać sobie, co się wyprawia w klatce z chomikami.

A nie da się ukryć, że jest to dramat.

Tyle że chomiki żyją nieco krócej. No i nie jestem też pewna, ile przechodzą leveli w swoim życiu, oraz czy każdy kolejny jest trudniejszy. Ale to chyba też nie, bo chomiki się zanadto pięćset plusem nie przejmują, no sama nie wiem, może tu chodzi o to, że im więcej chomików, tym fajniejsza jazda w kołowrotku? A może małe dzieci przechodzą etap bycia chomikiem, tak że lubią tratować ciało i godność dorosłych osobników w kołowrotku, jeśli ci akurat chwilowo padną, bo np. chcą przeczytać gazetę? Może ta pani w filmie wcale nie miała racji i wcale nie będzie trudniej, bo dzieci po prostu teraz są w fazie chomika i to im minie? To może z tego właśnie wynika to całe wielkie poruszenie, jak się z dzieckiem niefortunnie wdepnie do centrum handlowego, że potem sterczysz przez pół godziny oglądając te chomiki, bo dziecko po prostu czerpie wzorce? Może jest gdzieś na świecie taka gra komputerowa, że się biegnie chomikiem w kołowrotku?

Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *